);
Adopcja oswojona

Adopcja dziecka – jak to wpływa na relacje małżeńskie?

Adopcja dziecka to wielka zmiana dla związku. Przecież przed jest zupełnie inaczej. Mąż i żona. Po ślubie żyją sobie zasadniczo jak pączki w maśle. Owszem są problemy i trudności, ale dotyczą tylko ich. Mają czas dla siebie nawzajem. Dużo łatwiej im odpuścić jakieś obowiązki po to, by pójść na imprezę spędzić razem upojny wieczór/dzień/weekend. Kiedy pojawia się w domu dziecko wszystko staje na głowie. Trzeba zmienić priorytety, organizację, podejście. Zawsze jest to trudne dla relacji małżeńskich. A teraz wyobraźcie sobie, że zamiast noworodka pojawia się w waszym domu troje dzieci w różnym wieku. Jest już jakąś osobowość, a do tego są ciężko doświadczone przez los. W wieku kilku lat przeżyły nie tylko odrzucenie, ale przemoc, głód, zimno, zaniedbywanie, molestowanie, zabranie siłą z domu, adaptację w pieczy zastępczej i odnalezienie nowych rodziców i domu. Każde ma opóźnienia rozwojowe i problemy emocjonalne. A wy jesteście po 12 spotkaniach na kursie adopcyjnym, a nie studiach z psychologii dziecka. Adopcja dziecka to cud. Ale jest to też ogromna próba dla małżeństwa. Jednak trud i ciężka praca włożono w tym czasie w relacje z dziećmi i jednocześnie ze sobą nawzajem skutkuje niezwykłą siłą na kolejne lata. A wtedy adopcja dziecka daje niesamowitą ilość szczęścia! 

Adopcja dziecka – trudny czas przed decyzją

Niepłodność dotyczy blisko 1/5 par. Jest też wcale nierzadką przyczyną rozpadu związków. Łatwo jest bronić swojego poczucia własnej wartości obwiniając te drugą osobę, a niestety trendy w wychowaniu sprzed 15-20-30 lat nie pomagały w jego prawidłowym kształtowaniu. Trzeba pamiętać, że to nie jest niczyja wina. Choroba to choroba, nie pojawia się tylko u tych, co coś narozrabiali. Akurat na tym etapie nie mieliśmy problemów. Natomiast już podjęcie decyzji o sposobie leczenia i postępowania nie było łatwe
Diagnostyka i leczenie
Ja chciałam podjąć pełną diagnostykę i leczenie hormonalne itp. Od samego początku byłam też otwarta na adopcję dzieci. To był taki mój „plan B” i wiedziałam, że się w tym odnajdę. Mąż nie. On bardzo chciał mieć biologiczne dziecko, a nie po prostu dziecko. Chciał byśmy spróbowali wszystkiego. To było dla nas trudne, ale nie niszczyło relacji. Owszem dyskusje były zacięte, ale w końcu oboje wiedzieliśmy, że musimy się jakoś dogadać. Byliśmy zgodni w tym, że chcemy zostać rodzicami. Widziałam jak bardzo mu zależy i dlatego ustąpiłam. Nie byłby dobrym ojcem dla naszych adoptowanych dzieci, gdybyśmy nie spróbowali wszystkiego w tym IVF. Zgodziłam się na 3 próby i dotrzymałam słowa. Po drugiej zrozumiał, że adopcja to może być nasza droga.
Ból i strata
Kolejną trudną próbą jeszcze przed adopcją dzieci była utrata ciąży. Spotkało nas to dwa razy. Była nadziej i zgasła. Pierwszy raz był koszmarem. Nie było poronienia, krwi, tego co sprawia, że wiesz, że coś jest nie tak. Mieliśmy oglądać małe nóżki i rączki w usg. Ale nie było nic. Umarło. Nie chcę pisać o tym więcej. Zrobiłam to raz tutaj. Jeśli chcecie przeczytajcie. To co było najtrudniejsze w naszym związku w tym czasie, to fakt zupełnie innego przeżywania tej straty. Ja ryczałam, wyłam, chciałam umrzeć. A on spał. Czy wyobrażacie sobie coś bardziej denerwującego? Chciałam, żeby znikną. Dopiero rano, gdy zobaczyła, że mimo całej nocy wydawałoby się mocnego snu on wygląda jakby nie kładł się od kilku dni, zrozumiałam, że nie tylko ja cierpię.

Adopcja dziecka – szczęście, które może wszystko zepsuć

W końcu podjęliśmy decyzję. Naszą drogą będzie adopcja dziecka, a właściwei dzieci. Przeszliśmy kurs i już w jego trakcie poznaliśmy dzieci. Było bardzo aktywnie i ekscytująco! Najpierw jeździliśmy do dzieci i szykowaliśmy dom na ich przyjazd. Było malowanie pokoi, budowa placu zabaw, zakupy mebli i ubrań. Potem dzieci do nas przyjechały. Najpierw na weekend, potem na stałe! Byliśmy szczęśliwi i poświęcaliśmy im maksimum czasu i uwagi! Było super! Staliśmy się rodziną, rodzicami. Byliśmy… sobie niepotrzebni. 
Wszystko zaczęło się kręcić wokół dzieci. Nie mieliśmy dla siebie nawzajem czasu. A jak była chwila to rozmawialiśmy o dzieciach. Byliśmy zmęczeni, ale jednocześnie nasze potrzeby emocjonalne były zaspokojone przez coraz to nowe wydarzenia z życia rodzinnego. Bliskość między nami, wspólny czas, seks, nie były już tak bardzo potrzebne. Tak naprawdę oddalaliśmy się od siebie. Na szczęście wróciłam na kilka godzin dziennie do pracy. Spotkałam się z kolegami opowiadającymi czasem „świńskie” dowcipy, oglądającymi się za ładnymi dziewczynami i opowiadającymi o ich dziewczynach i żonach. Obudził mnie to i zorientowałam się, że ja mogę tylko mówić o dzieciach. Nie mam nawet jak ponarzekać na męża, bo mało mam z nim kontaktu.
Wtedy przeorganizowaliśmy swoje życie i zaczęliśmy randkować! O tym jest kolejny wpis. Podziałało! Kolejny kryzys został zażegnany.

Adopcja dziecka – problemy dzieci, które mogą przenieść się na związek

Po kilku tygodniach względnego spokoju, gdy dzieci poczuły się u nas pewnie, zaczęły się schody. Wyszły wszelkie problemy emocjonalne i behawioralne, oczywiście z potrójną mocą. Najstarsza córka nie chciała nic robić przy sobie – ubierać się, myć, czesać, wycierać pupę i na każdą prośbę o zrobienie czegoś reagowała histerią. Ciągle mówiła, jak to jest głupia. Średnia walczyła o uwagę poprzez ataki agresji i autoagresji. Bywało, że trwały one ponad godzinę. Było głośno i niebezpiecznie. Musiałam chronić resztę dzieci, zbierać przedmioty, którymi mogła zrobić im krzywdę i poradzić sobie z jej emocjami. Najmłodszy nie mówił, nie nawiązywał kontaktu wzrokowego, jadł tylko płynne posiłki i tylko rzucał lub kręcił kołami aut. Mnie to wszystko męczyło, ale nie ruszało. Wiedziałam, że to przejściowej i trzeba to przepracować. Byłam pewna, że dam radę i powtarzałam to sobie w kółko. By przetrwać szukałam w dzieciach postępu i zauważałam nawet najmniejsze jego oznaki. 
Strach i internet – połączenie niszczycielskie
Mój mąż spanikował. Nie widział światełka w tunelu, a tylko ciemność. Uważał, że to nigdy się nie skończy, że nie damy rady. Cały ten strach przerzucił na synka. Wymyślił, że mały ma autyzm. Szukał w internecie objawów i to co u niego widział podporządkowywał temu co przeczytał. Nie wierzył mi, gdy opowiadałam mu o postępach jakie on robił. Twierdził, że kłamię. Męczył mnie tym i odpierał wszystkie moje argumenty. Moje medyczne wykształcenie niemiło znaczenia. To był koszmar i serio przeszła mi myśl o rozwodzie. Na szczęście z pomocą przyszedł na psycholog z ośrodka adopcyjnego, którego spotkałam w innych okolicznościach. Zaprosiłam go do nas i zapewnił mojego męża, że mały nie ma autyzmu. Mąż trochę się uspokoił, ale nadal szukał przyczyn jego opóźnień w rozwoju, bo nie wierzył, że przyczyną może być odrzucenie i uzależnienie od TV. Na szczęście wszystkie pozostałe jego pomysły mogłam odeprzeć podając czysto medyczne argumenty, z którymi nie mógł dyskutować. A Ali z miesiąca na miesiąc rozwijał się i sam uspokajał ojca. Choć tak naprawdę uwierzył w to, że rozwija się prawidłowo dopiero, gdy zaczął mówić zdaniami. Jeśli chcecie o tym poczytać więcej to można tutaj. 

Adopcja dziecka – szczęście, które rośnie w nas i przy nas

W chwili pisania tego postu jesteśmy 4,5 roku po adopcji. Mamy problemy takie jak inni rodzice. Kłócimy się czasem, jak wszyscy małżonkowie. Czasem słowa są ostre i bolą. Czasem jest głośno i niemiło. Ale zawsze znajdujemy drogę do siebie nawzajem! 
Dzieci są wspaniałe. Dawne kłopoty przeminęły z wiatrem, a w zasadzie z ciężką pracą, ogromem bezwarunkowej miłości i akceptacji. Najstarsza jest samodzielną 10-latką, sama chodzi do szkoły oddalonej o 2 km. Ma koleżanki i kolegów, jest towarzyska i lubiana. Średnia jest bardzo inteligentną i aktywną 7-latką. Nadal jest impulsywna i walczy o swoje, ale robi to słowami, a nie przemocą. Najmłodszy jest największą gadułą z wszystkich;). Właśnie kończy 6 lat, a przeczytał już samodzielnie 20 książeczek w 4 60-stronicowe.  Rosną i kwitną dając nam radość i dumę. 
A my? Nadal młodzi;) i piękni. Choć potrafimy sobie „dokopać”, umiemy też dawać sobie szczęście. Staramy się wspierać i wciąż na nowo budować nasz związek. Chcemy być szczęśliwi. Po to, by nasze dzieci też były szczęśliwe! Tego i Wam wszystkim życzę!
Ten post powstał z okazji Tygodnia Małżeństw. Oto linki do oficjalnej polskiej i ogólnoświatowej strony tego wydarzenia:
A to blog twórcy naszej blogerskiej inicjatywy!
https://www.mocem.pl/

Zdjęcie główne zrobił wspaniały Bartek z Wymarzone kadry

9 komentarzy

  • Aleksandra Załęska

    Piękny i potrzebny wpis! Sama zastanawiałam się nad adopcją, niestety mąż nie chce o niej słyszeć, bo boi się, że sobie nie poradzimy z różnymi zachowaniami i problemami dzieci. Super, ze dajesz świadectwo, że można, że się da

  • Anna

    Piękny i bardzo emocjonalny wpis ♥️ Ja wychowuje dwójkę biologicznych dzieci i tez czasami mam poczucie ze nie daje rady i ze moje macierzyństwo jest jedna wielka porażka. Na szczęście, jak to mówił Korczak, zawsze powstaje po kolejek porażce i próbuje na nowo, choć ciut lepiej. Chylę czoła przed Wami, tym co już osiągnęliście i życzę Wam siły i wytrwałości w przezwyciężaniu kryzysów ♥️♥️ Jesteście cudowna rodziną ��

  • Anonimowy

    A ja mam pytanie jak przygotowywałaś się do wychowywania dzieci, czy czytałaś jakieś książki, które mogłabyś polecić?

  • Kania

    Chciałabym przeczytać wywiad z Pani mężem oczywiście przeprowadzony przez Panią 🙂 jak on przeżył adopcje dzieci, co myślał, jak widzi życie z dziećmi teraz. Myśle, że nam kobietą ta miłość przychodzi łatwiej, mężczyźni są bardziej oporni na adopcje. Czasem trudniej im się pogodzić, ze dziecko nie jest właśnie z tytułowej krwi.

  • Maria

    Niesamowicie szanuję i podziwiam Was za wielkość. Oddać komuś swój czas na wiele lat, kochać i ciężko pracować, żeby dać dom skrzywdzonym dzieciom, może tylko ktoś naprawdę wyjątkowy. Życzę Wam wszystkiego najlepszego, zasługujecie na to. Pozdrawiam gorąco.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *