);
Jak rodzic rodzicowi

Szkolne potyczki, grube problemy i rzucanie jedzeniem.

Asia gdy u nas zamieszkała miała prawie 6 lat. Mogłaby teoretycznie pójść do pierwszej klasy , ale sytuacja było dość skomplikowana. Dzieci przeprowadziły się do nas końcem sierpnia…także musiałaby zaadaptować się jednocześnie do nowego domu i rodziców i do szkolnego trybu życia. To mogłoby być zbyt wiele na ta jedną osóbkę, która wiele już w życiu przeszła…no i tak się składa, że mając 4 lata jeszcze nie umiała mówić – nadrobiła to pięknie, ale miała nadal dużą wadę wymowy. Do tego dochodziła druga ważna kwestia….my właściwie nie bardzo się znaliśmy… My jako rodzice mieliśmy na razie tylko iluzoryczny szacunek i autorytet…. dzieci przecież musiały nas przetestować (co oczywiście zrobiły z rozkoszą;))) i przekonać się, że mama jest bardziej uparta niż one wszystkie razem wzięte;) Biorąc to wszystko pod uwagę i mając wybór postanowiłam, że Asia pójdzie do szkoły, ale do zerówki. 
W ciągu tygodnia nie miała nic zadawane do domu, ale na weekendy Pani dawała im po 2-3 strony szlaczków, a potem literek… i już wtedy przekonałam się, że z Asia nie będzie łatwo;) 
Asia ma charakter podobny do taty…mojego męża…znaczy najlepiej wie co chce robić i tylko to czego chce jest istotne… poza tym jakby mogła to by nie oddychała…
Potrafiła (i potrafi) godzinami skupiać się na zabawie w wyimaginowanym świecie lalek, układaniu klocków lego czy filmie…. ale nie na pisaniu (nie mówiąc o czytaniu, ale to później). 
Tak więc, robienie zadania zaczynało się od smętnej miny i wymówek w stylu „dlaczego ja”… potem gdy widziała, że nie wpływa to na moją osobę (choć w rzeczywistości w środku się gotowałam, zwłaszcza widząc minę w stylu „coś mnie uwiera w majtkach, ale nie chce mi się tego wyjąć”) i się nie ugnę i nie dam jej jeszcze 5 min na to czego ona chce w końcu brała się za robotę….i robiła wszystko „na odwal”…. Na swoje nieszczęście (a w zasadzie na szczęście) na co dzień, Asia lubi pochwalić się tym co potrafi – i doskonale wiedziałam, że potrafi pięknie pisać i rysować jak się tylko trochę przyłoży. Także trzeba było mazać… Po kilku razach poszłam po rozum do głowy i skanowałam kartki zanim Asia zaczęła pisać… i jak bazgrała to dawałam nową kartkę. Jeszcze kilka razy było źle…potem już się starała.

W końcu zauważyłam ciekawy objaw. W górnej połowie kartki A4 zawsze było poza linijkami, a w dolnej pięknie. Zrobiłam więc test i złożyłam jej kartkę na pół… no i cudowna poprawa…To już wiedziałam co robić – okulista. „Wujek” Piotrek przebadał Asię i znalazł przyczynę – astygmatyzm 3,5 i 3,75 dioptri. Kupiliśmy piękne kolorowe okulary i problem się rozwiązał.

Dobrze, że przebrnęliśmy przez te fochy w zerówce, bo dzięki temu potem choć z pisaniem problemów nie było.

Minął rok (nawet nie wiem kiedy) i Asia poszła do pierwszej klasy. Miała mieć nową panią, ale zaszła w ciążę i musiała iść na chorobowe, więc przesunęli z zerówki jej dawną wychowawczynię. Nie wiem czy to do końca dobrze, ale przynajmniej Asia ją znała, podobnie jak części dzieci, więc czuła się pewniej. Była też dla niej dobra wiadomość – więcej dziewczynek. W zerówce było ich tylko 4, teraz 12. Mogła przebierać w koleżankach.

Wcześniej przyjaźniła się z Gracjaną, bardzo miłą dziewczynką, ale ze znaczną niedowagą. We wczesnym dzieciństwie chorowała, a potem jakby dla kompensacji mama karmiła ją tym czego sama chciała – a nie było tego wiele. W nowej klasie spotkała ona jeszcze jedną dziewczynkę o podobnej budowie ciała. Zawiązały pewien „pakt”…mianowicie wszystkie inne koleżanki traktowały jak grube – a muszę wspomnieć, że akurat w Asi klasie nie ma żadnego dziecka z nadwagą. Potrafiły dać Asi coś do jedzenia (nie słodycze, bo Asia nauczona, że można je tylko w wyznaczone dni omawiała) np. kanapkę czy owoce, a potem łaziły za nią i mówiły, że przytyła i jest gruba. Może inne dzieci się tym nie przejmowały, ale Asia brała to sobie do serca… I jak zawsze zjadała wszystko co jej przygotowałam i cały obiad, to teraz coraz więcej zostawało. Nie zjadała też całego obiadu. W końcu rano powiedziała, że boli ją brzuch. Słabo wybrała…mając mamę chirurga;). Kazałam jej się położyć do badania i zapytałam gdzie ją boli… zastanawiała się trochę za długo..potem pokazała na środek.. Zbadałam ją.. i zapytałam: To teraz powiedz dlaczego nie chcesz iść do szkoły… Przyznała się i opowiedziała, o tym co mówią koleżanki. Zapewniłam ją, że to nie prawda, ale wiedziałam, że w tym momencie to za mało. Powiedziałam jej, żeby dowiedziała się ile mają wzrostu i ile ważą jej koleżanki. Po powrocie do szkoły wydrukowałam jej siatki centylowe w kolorze. Sama je oceniła i pokazała zakres normy, niedowagę i nadwagę. Potem wpisała swój wzrost i wagę – oba parametry na 50 centylu. Następnie koleżanek: wzrost na 10 centylu, waga poniżej 3…. zrozumiała. Jeden problem zażegnany. Swoją drogą to bardzo smutne, że już w tym wieku dzieci potrafią krzywdzić innych dla poprawy poczucia własnej wartości…

Przez kilka tygodni było super. Asia chętnie robiła zadania i chodziła na lekcje. Potem przyszło czytanie… póki to były proste słowa i radziła sobie nie źle to chętnie przygotowywała czytanki na ocenę, ale potem zaczęło się zmyślanie. Czytała początek wyrazu i wymyślała dalej.. niestety nieskutecznie. Gdy kazałam poprawić była mina męczennika albo płacz. Było coraz gorzej… musiałam jakoś ją przekonać, że czytanie jest potrzebne. W końcu wymyśliłam dość ekstremalny sposób. Szykowałam obiad. Napisałam jej na kartce dwie opcje jedzenia i picia. Dała minutę czasu, żeby zdecydowała co zje i wypije. Nie dała oczywiście rady przeczytać…. pozwoliłam jej powoli odczytać kartki.  Było tam: 1. Makaron z krewetkami 2. Gówno z masłem i do picia 1. Kubek wody i 2. Kubek sików…. przeczytała zdegustowana.. ale zrozumiała, że gdyby to był prawdziwy wybór byłaby w kłopotach… Kolejne czytania szły już lepiej, choć nie bez oporów. Gdy się zacinała i „strzelała focha” mówiłam (nadal czasem mówię), że chyba jej mózg ma za mało tlenu i każę jej dla dobra mózgu zrobić 10 przysiadów, a jak to nie pomaga to pobiegać po ogrodzie (niezależnie od pogody). Jako „leniuszek” niechętnie wykonuje te zadania, więc raczej wraca do pracy…

Od pewnego czasu bawi się w świetlicy z Kają. Wesoła blondynką mieszkającą w pięknym domu i posiadającą mnóstwo fantastycznych i ciekawych zabawek. Kaja niestety często zwraca jej głowę na lekcji i odciąga od nauki. Fajnie się razem bawią, ale mam wrażenie, że Kaja stawia dobrą zabawę ponad wszystkim innym. Rozumiem, że u dzieci to dość normalne…ale jednak do nauki trzeba się trochę przykładać, zwłaszcza gdy coś idzie opornie. Były ferie, po nich tylko kilka dni w szkole i rekolekcje. Po naukach w kościele Asia była w świetlicy i spędzała czas z Kają. Ale tuż po rekolekcjach miała mieć 3 sprawdziany i do tego długą czytankę na ocenę. A ona wcale nie chciała się uczyć… teraz wiem, że to Kaja mówiła jej, że w rekolekcje to nie potrzeba… i w ogóle po co….

Miała nauczyć się 12 słówek na sprawdzian z angielskiego.. siedziałam z nią dwie godziny i nic … nie skupiała się, nie dawała nic z siebie. Przepisała owszem słowa (to dawało dobre efekty poprzednio), ale bez rozumienia. Potem miała je poczytać i opowiadać o namalowanych przeze mnie obrazkach – nie czytała… Czytankę „odwaliła” i nie chciała za żadne skarby czytać po raz drugi. Odpuściłam…może to zły dzień…
Nazajutrz było to samo… kilka godzin całkiem zmarnowanych, bez efektów. Miała we czwartek sprawdzian z matmy – na szczęście jest z niej dobra…nie miałyśmy czasu powtarzać. W piątek był angielski… była środa wieczór i byłam zdesperowana..
Stres najwyraźniej podsuwa mi różne niezwykłe pomysły… tak było i tym razem. Nakładałam obiad… postawiłam talerz Asi na blacie w kuchni..a garnek z ryżem naprzeciwko i stamtąd rzucałam ryżem do talerza…część trafiło, część wylądowało obok…następnie nakładałam na to buraczki zrzucając je z 20 cm, potem na to wrzucałam z metra kawałki ryby. Zostawiłam Asi łyżkę, by pozbierała wszystko na talerz i kazałam jej sobie wziąć jedzenie. Dla odmiany na swoim talerzu ułożyłam wszystko jak od linijki.
Asia oczywiście najpierw ryczała jak bóbr, ale była głodna więc w końcu pozbierała wszystko na talerz i przyniosła do stołu. Gdy się trochę uspokoiła zapytała jej czy bardziej jej się podoba mój talerz czy jej. Powiedziała oczywiście, że mój. Zapytałam czemu, w końcu dostała jeść i wszystko to smakuje tak jak moje… powiedziała, że moje lepiej wygląda i chce się je jeść, a jej nie. Zapytałam czy przygotowanie mojego czy jej talerza wymagało więcej czasu, skupienia i wysiłku…powiedziała, że mojego i zrozumiała…. Dodałam, że to właśnie robi ze swoją głową…wrzuca do niej wszystko byle jak… i owszem coś tam ma..ale nie jest w stanie nic z tego wyciągnąć taki tam bałagan. Obiad zjadła mimo wszystko.
Następnego dnia gdy wracaliśmy ze szkoły Zuzia pytała czy mogą oglądać jakiś film w domu. Powiedziałam, żeby zapytała Asi, bo ona chyba musi się uczyć. Asia ze łzami w oczach powiedziała, że tak będzie się uczyć, bo ona nie chce mieć tak w głowie jak na tym talerzu…
Słówek z angielskiego nauczyła si w 20 min… czytankę przeczytała 3 razy w skupieniu i bez marudzenia… z obu dostała najwyższe stopnie…

I tak to już jest, że co chwilę coś…. na szczęście przy trójce dzieci, jak jedno zawodzi i powoduje stres zawsze, któreś daje powody do radości i dumy. W tym czasie Zuzia przepięknie pisała i zaczęła sama czytać, a Ali bosko wyklejał… także warto mieć całą gromadkę:)

5 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *